Wakacje w czasie koronawirusa

Swoją dość długą nieobecność muszę wytłumaczyć pewnymi faktami. Pierwszym z nich jest wyjazd, na którym nie lubiliśmy się z prądem i siecią. Tegoroczne wakacje w czasie koronawirusa dały bardzo wiele odpoczynku i lenistwa. Powrót stał się niejako historią, która może zdarzyć się tylko mnie, a kolejne dni przyniosły kilka gorszych chwil – samopoczucie nie rozpieszcza.
Tak więc podróż, słabsze chwile oraz konieczność nadrobienia i odbudowy budżetu domowego na chwilę nas rozłączyły. Ale jestem. W pełni gotowa do dalszych przygód, wyzwań, jak również dzielenia się z Wami moimi przygodami i odczuciami. Zatem troszkę Wam poopowiadam 🙂 Pochwalę się i pożalę 🙂 Co Wy na to?

Wakacje w czasie koronawirusa – czyli nic pewnego

Dla tych, którzy zdążyli mnie już poznać nie będzie dziwnym moje stwierdzenie – „Wakacje to świętość”. Jakże wielkie zatem było moje rozczarowanie faktem, iż pandemia koronawirusa skutecznie utrudniła planowanie jakiegokolwiek wyjazdu. W mojej głowie nie ma jednak terminu – „W tym roku na wakacje nie jedziemy”.

Jak powiedziała, tak zrobiła.

Odpowiednie przygotowanie, wybór wczasów, które można w każdej chwili zmienić, odwołać lub podrasować, pozwoliły zregenerować siły i nabrać ochotę do dalszej walki 🙂

Wakacje w czasie koronawirusa - plaża nad Balatonem - Napfeny Camping

Węgry, jezioro, camping i …… święty spokój

Droga zaplanowana, rezerwacja zrobiona, auto sprawdzone i zapakowane. Małe komplikacje przed samym wyjazdem i pędzimy. Pędzimy ku przygodzie. Naszym celem jest camping Napfeny – Balaton. Po kilkugodzinnej podróży, podczas której nie raz oblały mnie ziemne poty – nasz kochany Dodgie zaczął na Słowacji dawać niepokojące oznaki zmęczenia, czas na odpoczynek. Czy nasze obawy okazały się słuszne? Jak wyglądała dalsza podróż? O tym opowiem chwilę później. Najpierw relaks i odprężenie 🙂

Wakacje w czasie koronawirusa to mogłoby się wydawać dla toczniowca dość ekstremalny pomysł. Ja jednak uważam, iż to właśnie stres i zmęczenie stanowi największe zagrożenie i podłoże do rozwoju choroby. Owszem, szczególna ostrożność jest bardzo zalecana, dlatego też w tym roku wybór padł na camping. Dlaczego?

Własny namiot, osobiste pościele, poduszki, koce i wszelkie akcesoria, które mają styczność z człowiekiem. Wyznaczona, własna, bezpieczna przestrzeń osobista, piękna pogoda oraz brak zatłoczonych plaż. To właśnie te czynniki pomogły dokonać, jakże trafionego wyboru. Plusem tego rodzaju wakacji są również niewielkie koszty, które jak myślę nie zrujnują niczyjego budżetu domowego – tak miało być. W tym przypadku, stało się nieco inaczej – dziś jest już to dość zabawnym wspomnieniem.

Życie na campingu

Pobyt na campingu zawsze wywoływał uśmiech na mojej twarzy. Wspomnienia z młodości, cudowne chwile spędzone w rodzinnym gronie, zabawa i jedna wielka przygoda. Czy jednak jestem jeszcze w stanie w pełni cieszyć się i korzystać z uroków, jakie daje pole namiotowe? Wydawało mi się, że tak. Rzeczywistość jednak powoli sprowadza mnie na ziemię. Najgorszym okazało się wstawanie z namiotu z poziomu ziemi. Kilka bujnięć i w końcu się udało. Bańka wstańka, kulka wypełzająca zza poły przenośnego domku. Nocne wyjście do łazienki, także nie należało do najprzyjemniejszych, a zmieniająca się pogoda solidnie i bez litości potraktowała wszystkie stawy mojego organizmu.

Koniec końców, bez pomocy by się chyba nie udało. Na szczęście ekipa ratunkowa – towarzysze podróży i współodbiorcy doli i niedoli spisali się jak zwykle na medal. „Biały dom” stanął w pełnej okazałości na naszej, pięknej, węgierskiej posiadłości. Pozostało jedynie korzystać z uroków tego magicznego miejsca 🙂

Odpoczynek, relaks i….. lisek łakomczuszek

Tygodniowy pobyt nad Balatonem to przede wszystkim nieograniczony chillout. Piękna pogoda, kąpiel w cieplutkim jeziorze, odpoczynek na leżaczkach, dla niektórych opalanie – zakończone małym sparzeniem 😛 Na szczęście ja kurczowo trzymam się zaleceń – brak kontaktu ze słońcem, kremiki, filtry, kapelusiki, parasoleczki, choć przeprawiają o niemały zawrót głowy – minimalizują ryzyko bolesnych poparzeń. Ufffff. 🙂

Wieczorne posiadówki przy grillu, to najlepszy odpoczynek, który zawsze wywołuje u mnie pełen spokój i poczucie wolności. Pyszna kiełbaska, karczek, piwko i genialne towarzystwo. Czego chcieć więcej???!!!

Wakacje w czasie koronawirusa - grill na campingu


Okazało się, iż na campingu mamy jeszcze jednego kumpla. Towarzyski, ciekawski, pomysłowy i na pewno bardzo sprytny lisek łakomczuszek. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu – nie wierzę do dnia dzisiejszego – rudy przyjaciel ukradł nam z torby 6 jajek. 6 sporych jajek w plastikowej wytłoczce. A To złodziejaszek. Spryciula otworzył sobie niedomkniętą torbę, po czym zwinął to co chciał – pozostawiając na miejscu przestępstwa parę pogryzionych strzępków opakowania. Będzie jajecznica dla całej lisiej rodziny!!!!

Wakacje w czasie koronawirusa – powrót do rzeczywistości

Wszystko co dobre szybko się kończy. Tak było i tym razem. Niestety nieubłagalnie nadchodził czas powrotu. Jednocześnie ze smutkiem, towarzyszył nam stres. Stres związany ze sprawnością auta (a właściwie niesprawnością). Czy dojedziemy? Czy awaria wykryta podczas pierwszej drogi, ponownie da o sobie znać?

Pierwsze 30 km zapowiadało spokojną drogę. 35 km niesamowicie nas rozczarował. Koniec wycieczki. Ku moim oczom pojawiała się zatoczka dla autobusów. To było jedyne rozwiązanie. Zbawienie – jak się później okazało najlepsze w okolicy miejsce na awarię. Do domu pozostało „jedynie” 500 km. Co dalej? Czas naszego powrotu to dzień świąteczny dla Węgrów. Odnalezienie w tej głuszy mechanika, z którym zdołamy się porozumieć graniczyło z cudem. Na szczęście pomoc nadeszła z domu. A właściwie miała nadejść – za 16 godzin 🙂

Awaria sprzęgła, brak możliwości wrzucenia biegu, wyciek spod maski unieruchomiły nas na długie godziny. Przydrożna zatoczka była naszym schronieniem na kilkanaście następnych godzin. Laweta z Polski w drodze.

Z tego miejsca chciałam podziękować wszystkim, którzy zaangażowali się w misję ratunkową i odstawienie nas do domu 🙂 DZIĘKUJĘ WAM! Choć koszty sprowadzenia zabłąkanych duszyczek dorównały kosztom całego pobytu na campingu – z całej sytuacji udało się wyjść dość obronną i korzystną ręką 🙂

Dobrzy nieznajomi

Siedząc bezczynnie kilkanaście godzin, gapiąc się w piękne gwieździste niebo napada człowieka chwila nostalgii i przemyśleń. Wspomnień i rozkmin, które nie zawsze kończą się pozytywnie. W najgorszym przypadku człowiek zaczyna sobie wkręcać różne głupoty i widzieć dziwne rzeczy. Realia czy wyobraźnia – lisy towarzyszą nam przez cały wyjazd. Tu także, na przydrożnym pustkowiu utrudniły one „wyjście za krzaczek” 😛

Pierwsze kilka godzin czekania minęło dość szybko. Później czas zaczął się nieco wydłużać. Ku naszemu zdziwieniu zatrzymało się pierwsze auto, z którego wysiadła młoda kobieta. Oferowała pomoc, mówiąc, iż jechała rano do pracy i widziała samochód stojący na poboczu. Po całym dniu pracy, wracając do domu ponownie ujrzała podobną sytuację. Zmartwiła się. Nasza pomoc była w drodze. Sympatyczna mieszkanka Węgier, kolejnego dnia miała jechać tą samą trasą oraz zwrócić uwagę na ową zatoczkę.

„Jeśli tam nadal będziemy, to będzie oznaczało, że tak – potrzebujemy pomocy” – mała prośba do przemiłej Pani.

I ten jakże przepyszny obiad i kolacja w iście polowych warunkach 🙂

Wakacje w czasie koronawirusa - obiad podczas postoju
Pyszny ala’ kotlet mielony i serowe danie w wielu smakach 🙂

Na szczęście tak się nie stało. Uratowane. Czas do domu 🙂

Wakacje w czasie koronawirusa - pomoc z Polski

Koniec wakacji – koniec dobrego

Wakacje w czasie koronawirusa, okres przesilenia jesiennego

Dziś jedynie pozostało wspomnienie wakacji. Cudownych, z przygodami – inaczej byłoby nudno – cieplutkich i moim zdaniem bezpiecznych. Pierwsze dni po przyjeździe były bardzo leniwe. Naprawa auta, kolejna wycieczka po odbiór samochodu i ostatnie łapanie słonecznych promieni bardzo przyjemnie plącze się po głowie.

W przeciwieństwie do obecnych chwil. Zmiana pogody, pochmurne niebo, skoki temperatury i ciśnienia powodują, iż moje i pewnie wielu osób ciało, odmawia współpracy. Ból stawów, niesamowicie ogromny dyskomfort, ucisk głowy czy osłabienia wykluczają możliwość normalnego funkcjonowania. Na szczęście udało się powrócić do żywych i wykrzesać trochę siły, na to, aby ponownie się z Wami spotkać.

Pozdrawiam Was cieplutko, choć za oknem deszcz i plucha.

Szepnę Wam też na koniec, coś niezwykle miłego dla ucha.

Nieważne jak i kiedy, nieważne jaki czas,

Niech radość w Naszych sercach roztacza wokół blask.

Dodaje Nam otuchy, siły i radości,

Zabierze w otchłań marzeń, zdrowa, przyjemności. 🙂

Kącik prostej, banalnej i niezbyt górnolotnej poezji Ani 😛 Poniosło mnie 😀 Wiem. Miłego dnia 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *